Wywiad z Andrzejem Żuławskim, udzielony specjalnie dla polska.lu w pierwszym dniu Festiwalu Filmowego Diractor’s Cut 


Andrzej Żuławski: Muszę powiedzieć, że jestem w Luksemburgu po raz pierwszy i miasto to zrobiło na mnie duże wrażenie. Nim przyjechałem, byłem przekonany, że to, co tu zastanę, to będzie taka „Belgia minus”, a tymczasem to jest „Belgia plus”. Tu jest o wiele ładniej! Bardzo piękne stare miasto, trzy świetne muzea oraz jedno sztuki współczesnej i to zrobione przez Peia... 


Iwona Komór: ...MUDAM na Kirchbergu? 

AŻ: Tak, MUDAM. No i jest tu po prostu ładniej, sympatyczniej i bardziej cywilizowanie, niż myślałem. 

Marcin Wierzbicki: Bardzo miło nam to słyszeć, szczególnie, że rzeczywiście istnieje takie nieformalne współzawodnictwo dwóch miast – Luksemburga i Brukseli. 

AŻ: Ja Brukselę bardzo lubię, ale gdybym musiał wybierać, chyba wolałbym mieszkać tutaj. 

IK: Naszych czytelników z pewnością ucieszy to, co Pan powiedział o Luksemburgu. Pomówmy jednak o Panu. W ostatnim wywiadzie dla „Przeglądu” powiedział Pan, że jest Pan w takim wieku, że wszyscy zapraszają Pana na festiwale filmowe. 

AŻ: Proszę na mnie spojrzeć. Chyba się zgadza? (śmiech




IK: Diractor’s Cut – Młody Festiwal. Co Pana skłoniło, żeby tu przyjechać? 

AŻ: Dwie rzeczy. Raz, że ja znam ludzi, którzy robią ten festiwal, i to znam od wielu lat. To jest wyjątkowa „banda” (nie mogę powiedzieć „młodych”, bo wielu z nich ma już poważny staż) zapaleńców, którzy po prostu kochają kino. Lecz nie w sposób głupkowaty, ale kochają kino jako element kultury. Ci sami ludzie robili taki festiwal w Tours, który się nazywał „Od atramentu po ekran” – De l’encre à l’ecran (w Polsce znany pod nazwą „Od pióra na ekran”; przyp. red.), gdzie zajmowali się tym, jak z książki powstaje scenariusz, adaptacja itd. I ja widząc to, po prostu im wierzę. Wierzę w tę ich pasję, ochotę robienia rzeczy, których nie ma nigdzie indziej. To jest pierwszy element – czyli przyjechałem w ciemno. A że zjawisko przechodzenia aktorów do robienia filmów staje się w tej chwili nagminne, jest więc po prostu interesujące, zobaczyć dlaczego tak się dzieje, pogadać z nimi, przyjrzeć się, co oni tak naprawdę robią, czy oni umieją mniej, więcej, lepiej? Uważam, że jeżeli byli dobrymi aktorami, to umieją więcej. Na pewno więcej od głupiego, w d... pijanego reżysera z Łodzi, z PWST, który nic nie umie. 

IK: Czyli oryginalna formuła festiwalu... 

AŻ: To jest nowe, a wszystko, co jest nowe, to jest ciekawe. Jeżeli nie jest bezczelne i durnowate, to jest interesujące, tak że ja z przyjemnością wyrwałem trzy dni z mojego kalendarza, żeby tu przyjechać. 

IK: Podczas festiwalu zobaczymy Pański film „Wierność” prezentowany przez Guillaume'a Caneta w ramach tzw. carte blanche. 

AŻ: Bardzo mi miło, że jako aktor uważa, że to, co zrobił w tym filmie, jest godne pokazania. 

IK: Czyli wybór tego filmu to była jego inicjatywa? 

AŻ: Nie. To była inicjatywa ludzi, którzy wymyślili, że Guillaume Canet ma się tu pojawić ze swoimi filmami, a to że on uznał, że to co zagrał w La Fidélité, to było dla niego ważne w życiu, to jest sympatyczne i fajne. 

IK: Tym razem nie występuje Pan jednak w roli jurora, bo jako takiego jury festiwal nie ma. 

AŻ: Ja nie wiem dokładnie, jak to tutaj działa, ale bardzo wiele młodych festiwali zaczyna od tego, że organizatorzy sami wybierają program. Dopiero z biegiem lat, jak festiwal okrzepnie, to pojawiają się w nim takie niezależne ciała jak jury. Trzeba luksemburskiemu Diractor’s Cut dać chwilę czasu. 

IK: Podsumowując ostatnie kilka lat – był Pan jurorem festiwalu w Krakowie, wcześniej w Moskwie i w Kabulu. Czy juror festiwali filmowych to Pana obecny zawód? 

AŻ: Nie, to nie zawód, to są te siwe włosy. Wszyscy starzy filmowcy powymierali lub są kompletnie senilni, a te niedobitki muszą służyć sprawie, spełniać honory i podtrzymywać pewną tradycję nie najgłupszego myślenia (uśmiech). 

MW: Chciałbym nawiązać do motta Festiwalu i zapytać o Pańskie odniesienie do casusu aktora-reżysera. Dlaczego aktorzy przechodzą na drugą stronę kamery i co to dla Pana oznacza? 

AŻ: Gdybyśmy mieli na to jakieś żelazne reguły, okazałyby się regułami niemądrymi. Jeżeli pan spojrzy na fakt, iż w XIX wieku człowiek inteligentny i wykształcony, jak Mickiewicz, Goethe czy Norwid, grał na fortepianie, rysował, pisał, myślał i to było normalne, bo wchodziło w skład jakiejś takiej generalnej edukacji kulturalnej i nikt nie uważał tego za coś absurdalnego. W miarę upływu czasu zaczęło się szufladkowanie – jeśli jesteś reżyserem filmowym, to na pewno nie jesteś nikim innym. A ja zwracam uwagę, że nie ma czegoś takiego w przyrodzie jak reżyser filmowy. To nie jest mops czy skunks, czy ptak. To jest połączenie wielu, często sprzecznych ze sobą elementów, coś, co nawet trudno nazwać zawodem. A więc, kiedy dowiaduję się, że reżyser filmowy, taki jak na przykład Charlie Chaplin czy Orson Wells jest także świetnym aktorem, to mnie to w ogóle nie dziwi. A jeśli w dodatku umie on pisać książki, to mnie to też nie dziwi, jak i to, kiedy dowiaduję się, że Andrzej Wajda potrafi rysować. 

MW: Profesja – homo sapiens; człowiek myślący? 

AŻ: Człowiek twórczy przede wszystkim. Bo myśli wielu, a robią tylko nieliczni. Dla mnie groźne są właśnie te podziały – jesteś aktorem, a ty jesteś reżyserem. A ja? Ja jestem po prostu człowiekiem zainteresowanym milionem różnych rzeczy. I w niektórych dziedzinach umiem coś zrobić i wykazać się, a w niektórych nie. 

IK: Dlatego zajmuje się Pan teraz przede wszystkim twórczością literacką? 

AŻ: Nie, nie tylko teraz. W swoim życiu napisałem 24 książki, a zrobiłem 14 filmów, więc co jest ważniejsze? 

IK: Jednak ostatni film nakręcił Pan siedem lat temu. Czy ten etap Pańskiego życia zamknął Pan już bezpowrotnie? 




AŻ: To jest bardzo skomplikowany temat. Byłem dzisiaj w tutejszym Muzeum Historii Sztuki (MNHA, przyp. red.). To jest niewielkie muzeum, ale mają świetną kolekcję malarstwa. Piękny i trafny dobór obrazów, dokonany przez kogoś z niezwykłym wyczuciem i smakiem, więc polecam wszystkim to supermuzeum. Chodząc po tym muzeum pomyślałem sobie, jak to, w jakiś sposób niemądrze, malarstwo się upiera, by wciąż istnieć, skoro już wszystko zostało namalowane. Moim zdaniem schyłek malarstwa nastąpił w drugiej połowie XX wieku. To się gdzieś tam skończyło, z tym, że panowie wtedy nie raczyli tego zauważyć. Wracając jednak do pytania. Myślę, że z kinem jest podobnie. Epoka, która zaczęła się nieledwie sto parę lat temu – epoka kina – dziś się już skończyła. Jednak ludzie mają to do siebie, że czy siedzą pod baobabem w Afryce, czy robią film w Holywoodzie, to robią to samo – opowiadają. A w jaki sposób opowiadają, jaka jest technologia tego opowiadania, to zależy od tego, jak się rozwijamy. To co nazywaliśmy kinem, to się teraz kończy na naszych oczach. Co z tego wyniknie dalej, to Bóg jeden raczy wiedzieć. Ale coś na pewno wyniknie i to coś bardzo ciekawego. 

IK: Wierzy Pan więc, że przyszłość należy do literatury? 

AŻ: Literatura wciąż się trzyma, aczkolwiek jak usłyszałem, że następnym krokiem będzie papier elektroniczny... cóż, widać tak ma być. Dla mnie śmierć dwóch wielkich filmowców, Felliniego i Antonioniego, wyznacza jakąś datę. Coś się skończyło. 

IK: Także Bergman... 

AŻ: Bergman jak najbardziej. Można udawać, że nie, ale owszem tak! Pewna forma zrozumienia świata, autorstwa w tym świecie. Ale teraz to już nie da się w ten sposób opowiadać. I nawet kiedy oglądamy dzisiaj ich filmy, to nas nieco męczą i nudzą. Tak więc coś się jednak stało. 

MW: Jednak Pański syn, Xawery, próbuje swoich sił w tej umierającej dziedzinie sztuki. 

AŻ: Nie, on robi zupełnie co innego i ja się strasznie z tego cieszę i myślę, że z wielką ochotą będę się teraz dowiadywał, co jego generacja może nam pokazać. 

IK: Jego film Chaos odniósł wielki sukces. 

AŻ: Tak. To znaczy, polska krytyka usiłowała go zdemolować, bo to jest przecież stado schizofrenicznych, sklerotycznych kretynów, ale na szczęście na świecie film bardzo się spodobał. Mnie jest bardzo trudno o tym filmie mówić. Zresztą nie wiedziałem o nim wcześniej dosłownie nic. 

IK: A więc nie pomagał Pan synowi w jego realizacji? 

AŻ: Ależ skąd! Nie należy. Jeśli to ma być jego autonomiczne dzieło, to nie może za tym stać jakiś inspirator. Na premierę jego filmu poszedłem w ciemno i byłem bardzo, bardzo pozytywnie zdziwiony. 

IK: Współpracował Pan przez wiele lat bardzo blisko z Andrzejem Wajdą. Czy widział Pan już jego najnowszy film? 

AŻ: Nie, proszę pani. Ale ja na Katyń, powstanie warszawskie, na to wszystko nie pójdę, choćby mnie pani wlokła za nogi. Uważam, że to jest po prostu jakiś obłęd. Nie można wałkować w kółko tej niby to polskiej martyrologii. Przecież to Polacy wysłali najlepszą swoją młodzież na śmierć. Warto było? A po co? W imię czego? Czy dzisiaj nie jest istotne, byśmy się starali z tą bardzo trudną i bardzo wielką Rosją nawiązać dialog i czy musimy robić Katyń? Wie pani jaka jest ich odpowiedź? Jest bardzo prosta. Oni robią teraz film za dużo większe pieniądze, o tym, jak wyrzucali Polaków z Kremla w 1612 roku. Uważa pani, że to jest słuszne, że to jest przyszłościowe, że to jest na dziś? Upiorne schizofreniczne wczoraj, którego dawno już nie ma. 

MW: Cóż. Dialog Polski z Rosją jest nie tylko w kinie obarczony przeszłością... 

AŻ: Nic nie jest obarczone przeszłością! Są dwa karły, które rządzą naszym krajem, i jest bardzo ostry prezydent w Rosji, który zrozumiał, że to, co nam się kojarzy ze słowem „demokracja”, dla Rosji przez ostatnich piętnaście lat było tragedią. Ludzie nie dostawali zarpłaty, czyli miesięcznej pensji i wszystko co dla nas, Polaków, brzmi pozytywnie, dla Rosjan brzmi negatywnie. To są wielkie, wielkie przepaście kulturowe, cywilizacyjne do pokonania, abyśmy się z nimi porozumieli. Ale jak my się z nimi nie porozumiemy, to my znikniemy z karty świata. Przestaniemy istnieć. Nasz kraj jest bardzo źle wychowywany historycznie. Ktoś przyjechawszy z Zachodu, powiedział mi bardzo mądrze po obejrzeniu Muzeum Powstania Warszawskiego – „To jest fantastyczna ekspozycja, wspaniałe olbrzymie muzeum, ale ja z tego wszystkiego w ogóle nie zrozumiałem, że wyście ponieśli straszliwą klęskę!” – 250 tyś. zabitych, zniszczone miasto, a tam pokazują, że to było coś wspaniałego! Nie, to było coś strasznego. Stała się katastrofa. Najlepsi nasi poeci ginęli na barykadach, więc o czym my mówimy. 

IK: Ja odnoszę wrażenie, że w tym podkreślaniu elementów martyrologii Polaków w czasie II wojny światowej jest jakaś taka dziwna, niezrozumiała forma „rywalizacji” z Holkaustem. 




AŻ: Ja nie jestem taki pewien tego. Byłem w Izraelu kilka razy, rozmawiałem tam z wieloma osobami i uważam, że ich głównym problemem jest to, że nie potrafią sobie odpowiedzieć, dlaczego oni, wychowywani tak jak byli wtedy wychowywani, nie umieli się sprzeciwić. A ich było parę milionów ludzi. Dlaczego poszli na rzeź jak barany? A tego się o nas, Polakach, nie da powiedzieć. Myśmy nie poszli na rzeź jak barany, ale jak bardzo wojowniczy ułani i tych dwóch spraw nie da się porównać. Ponadto dla Żydów Holokaust skończył się tym, że Polacy są współwinni. My nie chcemy tego słuchać, ale Polacy  współwinni. Jedwabne to jest Polska, pogrom kielecki to jest Polska. Kiedy oni szli na rzeź, a na placu Krasińskiego była karuzela, to jest prawda, a nie nieprawda. Póki my się nie uporamy z tą straszliwą głupotą mówienia, że my Polacy jesteśmy super, a wszyscy inni są do bani, nie dojdziemy nigdy do porozumienia nie tylko z nikim dookoła, ale i z samymi sobą. 

IK: Wracając jednak do kina. Czy spośród filmów, które Pan ostatnio widział, któryś wywarł na Panu szczególne wrażenie? 

AŻ: Widziałem bardzo różne rzeczy, bo jak Pani mówiła kilka minut wcześniej, mnie wzywają na różne festiwale. Ja w ciągu 8, 9 dni potrafię 30 filmów zobaczyć i to jest dawka czasem śmiertelna, a przynajmniej można się nieźle zatruć. Ale dzięki temu... chodzę do kina. Bo w przeciwnym razie nie wiem, czy miałbym ochotę, a może nawet odwagę, żeby niezależnie od pogody wybierać się tam specjalnie, kupować bilet i jeszcze przez dziesięć minut przed seansem oglądać te reklamy. Natomiast co do interesującego filmu, najlepszy film, jaki widziałem w ciągu ostatnich 2, 3 lat, to był Słoń Van Santa. To film, który strasznie mnie poruszył. Zrobił go bardzo mądry człowiek, a przede wszystkim facet, który ma oko. To znaczy robi kino, a nie telewizję czy coś innego. W Krakowie daliśmy nagrodę główną bardzo frapującemu brytyjskiemu filmowi (Dad Daniela Mulloya; przyp. red.), który trwa dziesięć minut, ale te dziesięć minut jest warte dwóch filmów pełnometrażowych. Tak że owszem, zdarzają się filmy warte obejrzenia. 

IK: A kino polskie? 

AŻ: Proszę mnie nie pytać. Życzę jak najlepiej kolegom i koleżankom, ale to jest po prostu jakiś koszmar. 

IK: To jest symptomatyczne, że mieszkając w Luksemburgu, już kilka lat nie widziałam jeszcze ani razu tutaj w kinie filmu polskiego. 

AŻ: Ja pani powiem inaczej. Ja mieszkam w Polsce od 66 lat i nie widziałem w życiu żadnego filmu luksemburskiego. 

IK: No, to chyba nie jest takie dziwne. 

AŻ: Ale dlaczego? 

IK: No, przecież Polska to 38-milionowy kraj, a Luksemburg... 

AŻ: To podzielmy te moje 66 lat przez jakiś współczynnik... tak czy inaczej to, że Luksemburg jest mały, to jeszcze nie powód, by nie mogły tu powstawać ciekawe filmy. 

IK: W takim razie na zakończenie chciałabym jeszcze zapytać, jakie filmy z festiwalowego repertuaru mógłby Pan polecić naszym czytelnikom? 

AŻ: Na to pytanie, niestety, nie odpowiem pani. Festiwal jeszcze się nawet nie zaczął, a ja nie zdążyłem się bliżej zapoznać z programem. 

IK: Dziękujemy bardzo za rozmowę.

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok