3 maja, Cercle Munster. Polskie święto w Luksemburgu. Przy fortepianie Konrad Mastyło, przy mikrofonie złotowłosy, zielonooki Biały Anioł Piwnicy pod Baranami, pani Anna Szałapak. Na początek wiersz Ewy Lipskiej z muzyką Seweryna Krajewskiego Jeszcze przez chwilę być szczęśliwym. Powietrze zastyga w napięciu. Sentymentalna podróż… Białe zeszyty, Chwalmy Pana… publiczność nuci w myślach doskonale znane teksty, ale nikomu usta nie ośmielają się drgnąć. Po koncercie pani Teresa Moulin, prezes Towarzystwa Przyjaciół Kultury Polskiej im. M. Reja (Rej Club), organizator wydarzenia, dziękując za niezapomniane chwile, mówi: „Miałam wrażenie, że Piotr Skrzynecki był z nami”. Biały Anioł uśmiecha się serdecznie i stwierdza: „Bo on tu był, przechadzał się między nami…”. Magiczna chwila, w magicznym miejscu…

Nam udało się porozmawiać z panią Anną Szałapak i na tę rozmowę serdecznie zapraszamy.



Kasia Kozak: Pani Anno, bardzo dziękuję, że przy tak napiętym harmonogramie znalazła pani czas na rozmowę. Czy jest to pani pierwsza wizyta w Wielkim Księstwie? Jakie są pani wrażenia, jak się pani czuje w Luksemburgu?

Anna Szałapak: W zasadzie tak. Kiedyś, co prawda już tutaj byłam, ale było to bardzo dawno temu. Tańczyłam wtedy w zespole pieśni i tańca Słowianki Uniwersytetu Jagiellońskiego, z którym byliśmy tutaj jakoś przejazdem, pamiętam to jak przez mgłę.

Jestem zachwycona miastem. Jest przepięknie położone, na wzgórzach, wiele o nim słyszałam. Tyle tu cudownych zaułków, jak w Krakowie, stare uliczki, stare kamienice. Lubię miasta, które są nie za duże. Ogromne molochy stają się strasznie męczące. Wyobrażam sobie, że jest to dobre miasto do życia. Bardzo się cieszę, że mogłam tutaj przyjechać.



K.K.: Spotykamy się 3 maja, w dniu ważnym dla większości Polaków. Proszę powiedzieć, czy czuje się pani patriotką i co przez patriotyzm pani rozumie?

A.Sz.: Ja absolutnie jestem patriotką. Mało tego, czuję się też patriotką lokalną, jestem bardzo związana z moim miastem, z Krakowem. Podziwiam ludzi, którzy zdecydowali się na emigrację. Fantastycznie, że teraz mamy otwarte granice, że wszędzie możemy mieszkać, to jest piękne.

W czasach żelaznej kurtyny ja również otrzymywałam różne propozycje wyjazdów za granicę. Wtedy to były poważne decyzje, z czegoś trzeba było zrezygnować, na coś się zdecydować… Nie umiałam sobie tego wyobrazić i niczego nie żałuję. Ja po sześciu tygodniach pobytu w jakimś innym miejscu miałam poczucie, jakbym traciła własną osobowość. Nie nadawałam się i nie nadaję do dłuższych pobytów poza Krakowem. Jakoś mam takie ścisłe przywiązanie do korzeni.

Wracając do patriotyzmu, najbardziej oczekiwałabym go od polityków, bo oni mają bardzo dużo do zrobienia. Patriotyzm rozumiem, jako myślenie prospołeczne. Nie ma już takich przywódców, mężów stanu, jakim był na przykład Piłsudski. Patriotyzm, na co dzień, to jest rzetelna praca, uczciwość, a tego często brakuje naszym politykom.

K.K.: Agnieszka Osiecka nazwała panią Białym Aniołem Piwnicy pod Baranami. Łączyła panie przyjaźń, jaką przyjaciółką była Agnieszka Osiecka?

A.Sz.: Fantastyczną! Agnieszka, wielka postać, która obdarzyła mnie niezwykłą przyjaźnią. Była dla mnie niesamowicie wyrozumiała. To była osoba bardzo bogato wyposażona psychicznie, psychologicznie. Ciekawa istota, fantastycznie utalentowana. Już po jej odejściu, po przeniesieniu się w inne przestrzenie, słyszałam różne opinie na jej temat. Ale dla mnie, w moich oczach była bardzo dobrym człowiekiem. Często rozmawiałyśmy o innych ludziach, ale na zasadzie, co u kogo słychać? Co się komuś przytrafiło, nigdy złośliwie!

Agnieszka była niesamowitą obserwatorką, taką przenikliwą. Ja ją nazwałabym aniołem! Nigdy mnie nie krytykowała, nigdy, chociaż spędzałyśmy ze sobą bardzo dużo czasu. Razem występowałyśmy – zapowiadała moje koncerty, pisała mi teksty. Codziennie rozmawiałyśmy przez telefon, jeździłyśmy razem na wakacje, wycieczki. Byłyśmy razem we Lwowie i w Nowym Yorku, jeździłyśmy po Polsce. Ona przyjeżdżała do Krakowa, ja jeździłam do Warszawy. Trwało to ok. 10 lat i była to wielka przyjaźń. Bardzo mi jej brakuje… Była anielsko dobra.

K.K.: Jak zaczęła się pani przygoda z Piwnicą pod Baranami? Przygoda, która trwała 18 lat!

A.Sz.: Kawał czasu. Zaczęło się to przypadkiem, o ile coś takiego jak przypadek istnieje. Może to był los.

Jestem osobą nieśmiałą, nadal uważam, że nie jestem odważna, nie jestem przebojowa w gruncie rzeczy. W 1979 roku, w okresie, kiedy wielkie gwiazdy odeszły, Piotr Skrzynecki przygotowywał spektakl Dzienniki Gombrowicza i brakowało mu osób do śpiewania. Namówiła mnie koleżanka, i tak z grupką dziewczyn ze Słowianek, ja z sekcji baletu, pozostałe koleżanki z chóru, trafiliśmy do Piwnicy, gdzie zostałam aż do śmierci Piotra.

On był naszym guru, naszym mistrzem. On wszystkim fantastycznie zarządzał. Powiem szczerze, że nie wyobrażałam sobie i nadal nie wyobrażam Piwnicy pod Baranami bez Piotra. Bez niego to jest już coś zupełnie innego! Jest grupa ludzi, którzy to kontynuują, ale nie będę się na ten temat wypowiadała. Teraz już działam na własną odpowiedzialność. Występuję w spektaklach, którymi sama zarządzam.

K.K.: Miała pani wielkie szczęście pracować, mieć obok siebie takie osobowości jak Piotr Skrzynecki, Jerzy Turowicz czy Agnieszka Osiecka. Proszę powiedzieć, czy i jak kontakt z tymi osobami wpłynął na pani twórczość?

A.Sz.: Ogromnie! Jeśli chodzi o Piwnicę pod Baranami, osobę Piotra Skrzyneckiego, który zasadniczo nie był artystą, nie pisał tekstów, nie pisał wierszy ani książek, nie śpiewał, nie grał na instrumentach a jednocześnie grał… jego instrumentami byli ludzie. To on tworzył środowisko, Piotr był epicentrum, przy nim spotykało się niezwykłych ludzi. Dla mnie była to wielka szkoła życia, właściwie to nie wiem, czy można sobie wyobrazić lepszą szkołę artystyczną. Przy Piotrze poznałam fantastycznych kompozytorów, muzyków, poetów. Spotkałam Zygmunta Koniecznego, Jana Pawluśkiewicza, Andrzeja Zaryckiego czy Zbigniewa Preisnera. Każdy, kto przyjeżdżał do Polski, kto przyjeżdżał do Krakowa, obowiązkowo przychodził do Piwnicy, zobaczyć, co się tam dzieje. A działy się rzeczy nadzwyczajne, bardzo często improwizowane. Przez Piwnicę poznałam Agnieszkę Osiecką, Jerzego Turowicza, który bardzo mnie lubił i często powtarzał, że jestem jego ulubioną piosenkarką. To mnie bardzo budowało, dodawało odwagi, czułam się dowartościowana.



W 1987 roku miałam swój pierwszy recital. Akompaniowali mi na fortepianie dzisiaj tu obecny Konrad Mastyło, ale też Zygmunt Konieczny czy Grzesiu Turnau – śpiewałam jego piosenki. Każdy z kompozytorów akompaniował mi przy swoich utworach, to było fantastyczne. Jerzy miał taki magnetofon Kasprzak, na który nagrał ten koncert. Dzięki niemu mogłam siebie usłyszeć. Rzeczywiście miałam wielkie szczęście do wspaniałych osób. Ludzi kontaktowych, refleksyjnych jak Piotr i Agnieszka, którzy potrafili fantastycznie słuchać, chłonąć innych… Każda rozmowa z nimi była ożywcza, kreatywna, nie było sekundy nudy.

K.K.: Jest pani antropologiem kultury, miłośniczką i znawczynią tradycji krakowskich. Przez wiele lat opiekowała się pani dorocznym obchodem Lajkonika, organizowała konkursy szopek krakowskich, w których nadal jest pani jurorem. Szopka krakowska jest również tematem pani pracy doktorskiej, którą śpiewająco obroniła pani w listopadzie 2012 roku. Co takiego mają w sobie szopki? Co panią w nich zachwyca?

A.Sz.: Dla mnie są takim minikabaretem. Pochodzę z dzielnicy Krowodrza w Krakowie, gdzie na przełomie XIX i XX wieku powstawały najpiękniejsze szopki. Szopki krakowskie są niebywale oryginalne, zjeździłam świat z wystawami szopek. W trakcie tych wyjazdów zauważyłam, że większość szopek jest bardzo do siebie podobna, a te nasze są zupełnie inne. Są takimi teatrami przenośnymi. Nie wszyscy potrafią to docenić. Postanowiłam, że muszę coś zrobić ze zgromadzoną wiedzą i napisałam pracę doktorską. Długo pisałam, bo ciężko było mi różne tematy pogodzić, ale napisałam i została ona wydana drukiem.

K.K.: Pani pasją są kapelusze, anioły, fotografia, narty oraz koty. Wiem, że pani najnowszy program koncertowy będzie nosił nazwę Człowiek przebiegł kotu drogę. Czy Pani ulubieńcy Mamin i Gustaw zainspirowali Panią do tego projektu?

A.Sz.: Tak, tak oczywiście. Ja bardzo lubię zwierzęta, a koty w szczególności, bo są takie tajemnicze. Czasami myślę, że mogłabym spędzić życie na obserwacji kotów. Ich nastroje, miny są bardzo zaskakujące i inspirujące. Uwielbiam je. Kiedy muszę gdzieś wyjechać, kiedy tylko wychodzę z domu, to już za nimi tęsknię, a one tęsknią za mną. Jeśli chodzi o program, to mam już gotowy materiał, mam już nagrane demo. Muzyka różnych kompozytorów, teksty głównie Ewy Lipskiej i Michała Zabłockiego. Bardzo dużo piosenek.

K.K.: Jest pani Aniołem Piosenki, dlatego też w imieniu redakcji i czytelników polska.lu chciałabym pani podarować anioła.

A.Sz.: O jaki cudowny! Mam już dużą kolekcję aniołów, ludzie obdarowują mnie aniołami...

K.K.: Wiem, że niektóre anioły lubią się pani schować np. w fortepianie. To jest anioł dobrej energii…

A.Sz.: Tak, to widać (śmiech). Bardzo dziękuję.

K.K.: Mam nadzieję, że razem z tym aniołem zabierze pani do Krakowa ciepłe wspomnienia z Luksemburga i że chętnie będzie pani do nas wracać.

A.Sz.: Z wielką przyjemnością! Bardzo dziękuję za prezent i za miłą rozmowę i życzę państwu dużo radości, dużo szczęścia!

K.K.: Bardzo pani dziękuję.

A.Sz.: Dziękuję bardzo.

 


• • •






Niniejszym chcielibyśmy niezwykle serdecznie podziękować paniom Teresie Moulin oraz Marcie Beck-Domżalskiej za pomoc w organizacji spotkania z Anną Szałapak w Luksemburgu.

Pliki cookie ułatwiają świadczenie naszych usług. Korzystając z naszych usług, zgadzasz się, że używamy plików cookie.
Ok